skrawki naszej kuchni, naszego domu, nas samych...
niedziela, 19 maja 2013
wreszcie udało mi się upolować rabarbar! ;-))



w niedzielny poranek, jeszcze w szlafroku, popijając kawę zagniotłam ciasto drożdżowe...



drożdżowe z rabarbarem - odkąd polubiłam się z drożdżami - tak będę witać się z wczesnym latem i moimi ulubionymi badylami. albo drożdżowymi bułeczkami. z mega kruszonką!


//przepis na bułeczki od Dorotki (klik klik)*. reszta moja twórczość własna ;-))



bułki z rabarbarem i kruszonką
(12 sztuk)

na rozczyn:
  • 25g świeżych drożdży
  • 100ml mleka
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka mąki pszennej

na ciasto:
  • 500g mąki pszennej
  • 3 łyżki cukru
  • 2 jajka
  • 100ml mleka
  • 50ml maślanki lub jogurtu**
  • 60g masła
  • szczypta soli

nadzienie:
  • 500g rabarbaru
  • 3/4 szklanki brązowego cukru demerara (z trzciny cukrowej)
  • 1 łyżka wody

kruszonka:
  • pół szklanki mąki pszennej
  • 4 łyżki cukru brązowego demerara
  • 60g masła

ponadto:
  • jajko do posmarowania bułeczek

uwaga: wszystkie składniki na ciasto powinny być w temperaturze pokojowej!
na rozczyn: drożdże rozkruszam w pojemniczku. posypuję mąką i cukrem, zalewam mlekiem. mieszam dokładnie, żeby nie było grudek. przykrywam ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce, żeby ruszyły.
w rondelku roztapiam masło. odstawiam do wystudzenia.
do miski przesiewam mąkę, wsypuję cukier i sól. dodaję rozczyn oraz wbijam jajka. wlewam mleko oraz maślankę. mieszam wszystko drewnianą łyżką. na koniec wlewam przestudzone masło i mieszam ponownie, po czym zaczynam zagniatać ciasto dłonią. wyrabiam gadkie, elastyczne ciasto. lepię kulę. przykrywam miskę ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (1,5h-2h).
po tym czasie wyrabiam ciasto ponownie przez chwilę. dzielę na 12 równych części, które lepię w kulki. układam je na blaszce wyłożonej matą teflonową (może być wysypana mąką) w dużych odstępach.
blaszkę wkadam do piekarnika nagrzanego do 50 stopni i trzymam tam 30 minut, aż bułeczki się napuszą.
w tym czasie przygotowuję nadzienie i kruszonkę.
na nadzienie: rabarbar dokładnie myję i kroję w cienkie talarki. wkładam do rondelka z grubszym dnem. dodaję wodę i cukier. mieszam dokładnie i podgrzewam, aż rabarbar puści soki i zmięknie (około 5-8 minut). dokładnie odsączam z nadmiaru soku***. nadzienie nie może być za mokre.
na kruszonkę: wszystkie składniki wkładam do miski i rozdrabniam palcami, aż powstanie kruszonka.
blaszkę z napuszononymi bułeczkami wyciągam z piekarnika, który nastawiam teraz na 180 stopni. w każdej bułeczce robię po środku wgłębienie, przyciskając dnem wąskiej szklanki, aż do samej blaszki. nakładam nadzienie i posypuję kruszonką.
w kubeczku rozbełtuję widelcem jajko i smaruję nim boki bułeczek.
piekę w 180 stopniach przez 25 minut.
studzę na kratce.



*przepis na idealne bułeczki z nadzieniem owocowym. już marzę, żeby wykorzystać go na inne różne wariacje!
**ostatecznie można zastąpić mlekiem
***nadaje się swietnie jako baza do kompotu

bułeczki wpisuję w akcję Usagi "czas na piknik 2013"

oraz akcje rabarbarowa u Olcika
środa, 15 maja 2013
(i to nie tylko kulinarny) Kruszyna wyrabia się powoli i systematycznie.
obserwuję jego małe i większe fascynacje, zainteresowania. zdarza mi się zaniemówić, kiedy zamiast bajki wybiera film historyczny o budowie największego samolotu na świecie (!). jestem pod wrażeniem, gdy jego wiedza przekracza moje granice...

ale w kuchni od jakiegoś czasu jest monotematyczny!



o ile słodkie wypieki próbuje i ocenia (uwielbia bezy i serniki! i niestety kupne babeczki, bo mama pozbyła się muffinowej foremki wieki temu!).

co do obiadów zaś, cóż, o miłości Kruszyna do pomidorowej mogłabym pisać książkę ;-)) na drugim miejscu jest chyba kurczak. i to w każdej postaci, choć nuggetsów chyba najbardziej!

próbowałam już różnych przepisów, ale jak zwykle wybrałam ten najmniej skomplikowany, szybki i taki, który nie każe mi spędzić całego dnia w kuchni, a pozwala na obserwowanie Kruszynowych działań na polu klockowym. bo tej zabawie, moi drodzy, Kruszyn oddaje się ostatnio całkowicie. i chyba nie muszę wspominać, że moje mosty, które namiętnie budowałam mu jak był mniejszy, nie są już w jego guście. na tapecie czołgi, pistolety i armaty... ach ci czteroletni chłopcy! ;-))


//nie od dziś wiadomo, że Nigella maczała kurczaka w maślance i potem panierowała, żeby upiec go w piekarniku. pomysł więc od Nigelli, a dodatek sera do panierki mój własny.




nuggetsy
(porcja dla 2-3 osób)

  • 2 piersi z kurczaka
  • 200ml maślanki (mniej więcej)
  • 2 szklanki płatków kukurydzianych (mniej więcej)
  • 4-5 plasterków żółtego sera (u mnie Edam)
  • sól, pieprz

kurczaka kroję w większą kostkę. wkładam do miski. solę i posypuję pieprzem. zalewam maślanką i odstawiam na kilka godzin do lodówki (zwykle 2-3h).
do drugiej miski wrzucam rozkruszone w dłoni płatki kukurydziane (ale nie za mocno, bo lubimy większe kawałki). ścieram tam ser na drobnych oczkach tarki*. mieszam panierkę.
wyjmuję kurczaka z maślanki i obtaczam w panierce. układam kawałki kurczaka na blaszce (można na srebrnej folii) i piekę około 30 minut w 200 stopniach. w połowie pieczenia delikatnie obracam na drugą stronę.
podaję z warzywami, sosem czosnkowym (klik klik) i chlebkami naan lub innym pieczywem.

*na grubszych też mi się zdarza, ale wolę na mniejszych.



smacznego!

poniedziałek, 13 maja 2013
z miłości do serników na zimno.
i do serników w ogóle.
z miłości do truskawek.



i do wiosny, która za oknem, choć w kratkę, ale jest...
i z faktu, że nigdzie nie ma rabarbaru i trzeba się jakoś pocieszyć ;-))
powstał sernik - deser - na zimno.



polecam wszystkim miłośnikom serników na zimno! cięższy niż te do których przyzwyczajeni byliśmy do tej pory, ale jakże aksamitny, rozpływający się w ustach i niemiłosiernie uzależniający! z górą truskawek na wierzchu rozchmurzy niejedno deszczowe niebo! :-))


//inspirowane przepisem z good food, klik klik. dałam znacznie mniej sera. połączyłam go z gęstym jogurtem greckim dla nadania odrobiny lekkości. przygotowałam na spodzie ciasteczek z Oreo, ale spód okazał się totalną klapą i sernik podawałam bez tej warstwy. i tak też go polecam! sernik na zimno bez żadnego spodu! jeśli jednak lubicie spody ciasteczkowe to proszę bardzo!




kremowy sernik na zimno z truskawkami
(średnica formy 20cm)

  • 250g serka mascarpone*
  • 125ml jogurtu greckiego
  • 285ml śmietanki kremówki (co najmniej 36%)
  • 4 płaskie łyżki cukru pudru
  • 1 laska wanilii (lub ekstrakt waniliowy)
  • 3 płaskie łyżeczki żelatyny
  • 300g truskawek

żelatynę rozpuszczam we wrzącej wodzie (1/4 szklanki). dokładnie mieszam, żeby nie było grudek. odstawiam do wystudzenia.
serek mascarpone i jogurt miksuję z cukrem pudrem na puszystą masę. z laski wanilii wyciągam ziarenka i dokładam do miski z serkiem. miksuję. wlewam śmietankę kremówkę i miksuję wszystko razem około 3 minut, aż masa będzie bardzo puszysta. dodaję wystudzoną żelatynę i miksuję po raz ostatni.
masę deseru przekładam do formy, wyłożonej papierem do pieczenia. wyrównuję powierzchnię. przykrywam folią spożywczą i wstawiam do lodówki do przegryzienia się na 12h (najlepiej na noc).
następnie kroję truskawki w plasterki i dekoruję wierzch deseru.
przechowuję w lodówce do 2 dni.

*można zrobić na samym mascarpone bez dodatku jogurtu, czyli dajemy 375g sera mascarpone.



smacznego!

15:17, cuda.wianki , desery
Link Komentarze (16) »
środa, 08 maja 2013
sprawy mniejsze i większe.
długo wyczekiwane słońce w ogródku.
przedszkolne życie. pierwsze prace domowe. sadzenie groszku.
przygotowania do skromnych 4tych urodzin (!!!!!to już???).
poszukiwanie roweru doskonałego ;-))
namiętne czytanie książki, której daleko do namiętnej fabuły...
odliczanie dni do wakacji.
rozmowy przez skype. i przy kawie.
o tym co tu i teraz, ale i o tym, co w niedalekiej przyszłości, co spowoduje, że życie po raz kolejny obróci się o 180 stopni.
i praca, którą kocham i którą chciałabym robić już zawsze.

w kuchni zaś pochłonęło mnie nowe zauroczenie.
mąka razowa.
na razie dopiero kiełkuje, ale już żałuję, że wcześniej ten temat tak "zaniedbałam". z drugiej strony mam co nadrabiać!

i dziś, na dzień dobry, będzie razowy chlebek bananowy.
jeśli tak jak ja lubicie bananowe chlebki, wilgotne ciężkie wypieki i orzechy, na pewno się nie zawiedziecie!

p.s. i nie martwcie się o resztę mąki razowej, na pewno razem ją jakoś spożytkujemy! ;-))


//przepis na chlebek stąd, klik klik, lekko zmodyfikowany. top z orzechów, pomysł własny.




razowy chlebek bananowy
(keksówka)

  • 113g miękkiego masła
  • 60g ciemnego brązowego cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 3-4 banany (około 450g - waga w skórce)
  • 85g miodu
  • 2 jajka
  • 227g mąki razowej pszennej

orzechowa kruszonka:

  • 120g orzechów włoskich
  • 2 łyżki ciemnego brązowego cukru
  • 2 łyżki mąki
  • 50g masła

masło ucieram z cukrem mikserem. dodaję ekstrakt, sodę, sól oraz pokrojone w cienkie plasterki banany. ponownie miksuję, aż uzyskuję jednolitą masę (banany nie muszą być do końca zmiksowane, można zostawić małe kawałki). następnie dodaję miód i jajka. miksuję po raz ostatni, ktko do połączenia składników. wsypuję mąkę i mieszam wszystko dokładnie łyżką. ciasto odstawiam na 10 minut.
w tym czasie przygotowuję orzechowy wierzch. orzechy kroję drobno. mieszam je w misce z mąką i cukrem. w rondelku na małym ogniu rozpuszczam masło. polewam nim orzechy i mieszam dokładnie.
keksówkę smaruję masłem i wysypuję bułką tartą. wykładam do niej surowe ciasto. wierzch posypuję orzechową kruszonką, lekko ją dociskając.
piekę w 175 stopniach przez godzinę (do suchego patyczka). pod koniec przykrywam folią aluminiową, żeby wierzch za bardzo się nie spiekł. studzę w uchylonym piekarniku. ostudzony chlebek wyjmuję z keksówki i kroję.

kilka uwag:
1.składniki do ciasta bananowego powinny mieć temperaturę pokojową.
2.to jest podstawowy przepis, który łatwo wzbogacić o cynamon lub inne ulubione i pasujące tu przyprawy.
3.chlebek bananowy świetnie nadaje się na piknik. długo zachowuje świeżość.
4.orzechowa kruszonka lekko się kruszy, możecie ją więc pominąć. orzechy można za to dodać do środka, do ciasta.
5.złota zasada: kroimy zawsze po wystudzeniu! (jak trudno mi tę zasadę zachować... ;-)))



smacznego!

razowy chlebek bananowy
dołączam do akcji Usagi CZAS NA PIKNIK 2013.

środa, 01 maja 2013
- mamo, co to jest przypływ? skąd się biorą muszle? czy to prawda, że dinozaury zaginęły (zamiast wyginęły)?
milion pytań na minutę, a każda odpowiedź rodzi następne. czasem mam wrażenie, nie nadążam za potokiem Kruszynowych myśli.
na chwilę zamykam oczy. próbuję nic nie słyszeć. nic oprócz szumu fal, które tym razem są naprawdę duże.



(urodziłam się w centrum Polski. posiadanie Babci w górach na pewno przyczyniło się do wielkiej miłości do gór. cisza, spokój, marsz... a na wierzchołku najpiękniejsze widoki pod słońcem. tego nie miałam na co dzień.



dziś, choć góry mam na wyciągnięcie ręki, kocham morze! na szczęście i do niego nie mamy daleko. każdy wypad nad morze to dla mnie okruchy szczęścia. piasek pod nogami. bezkres wody. chmury, które pędzą po rozciągającym się niebie.

tym razem był przypływ. morze wyrzuciło na brzeg tysiące muszli. było naprawdę pięknie...)



po krótkim oddechu, otwieram oczy i odpowiadam na każde Kruszynowe pytanie. łapię Faceta pod ramię. spacerujemy plażą.
widok szczęśliwego Kruszyna w żółtych kaloszach to przepis na najlepszy weekend.

a jaki jest Wasz ulubiony przepis??

po powrocie do domu miseczka gorącego leczo. warto było gotować je późnym wieczorem dnia poprzedniego. w sam raz na powrót po całym dniu wycieczkowania...


//przepis własny



leczo
(4-5 porcji)

  • 5 czerwonych papryk (mogą być też kolorowe)
  • 1-2 cebule*
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 cukinie
  • 500ml passaty z pomidorów
  • 2 pomidory (opcjonalnie)
  • 100g kiełbasy (zwyczajna, wiejska, podwawelska lub toruńska)
  • odrobina oliwy do smażenia
  • sól, pieprz, tymianek, słodka papryka, ostra papryka (opcjonalnie)

umyte papryki przekrawam na pół, wykrawam gniazda nasienne. paprykę kroję w większą kostkę. z umytych cukinii odkrawam końcówki. kroję cukinię w drobną kostkę. cebulę kroję w piórka.
w dużym rondlu o grubym dnie rozgrzewam oliwę. wrzucam tam cebulę oraz posiekany drobno czosnek. smażę, aż cebula się zeszkli. dodaję pokrojoną paprykę i cukinię. smażę przez jakieś 10 minut, od czasu do czasu mieszając. do rondla wlewam passatę oraz dodaję pokrojone grubo pomidory (które wcześniej sparzam, by ściągnąć skórkę). zmniejszam ogień, przykrywam rondel pokrywką i duszę około 40 minut (aż papryka i cukinia będą miękkie). od czasu do czasu mieszam. w czasie mieszania dodaję przyprawy do smaku.
w tym samym czasie kiełbasę kroję w kostkę. przesmażam na patelni. dodaję pod koniec gotowania leczo.
najlepiej smakuje gorące ze świeżym pieczywem.



uwagi:
w sezonie letnim, leczo można przygotować na bazie świeżych pomidorów. w tym przypadku polecam więcej niż 1 kg pomidorów.

skórkę papryki można wcześniej ściągnąć. w tym celu: paprykę należy pokroić na kawałki. usunąć nasiona. położyć na blaszce do góry skórką. włożyć do piekarnika na opcję grill. czekać aż skórka będzie czarna, wtedy wyjąć z piekarnika i po lekkim ostudzeniu, ostrożnie zdjąć skórkę.


*2 małe lub 1 duża.



p.s. moje leczo jest intensywnie pomidorowe, z dużą ilością papryki. sycące. jeśli takie właśnie lubicie, cóż, mogę tylko życzyć: smacznego! :-))
20:11, cuda.wianki , przystawki
Link Komentarze (17) »
wtorek, 30 kwietnia 2013
cudowny weekend. urodzinowy. zwłaszcza niedzielny przypływ bardzo mnie ucieszył. i czas spędzony w trójkę...



dosłodziłam również deserem, czyli bezą z bitą śmietaną, bananami i sosem karmelowym. banoffee pavlova, inaczej.
polecam wszystkim tym, którzy uwielbiają banoffee pie i tym, którzy lubią bezy, a najbardziej tym, którzy chcą osłodzić sobie życie ;-))


//przepis własny.



banoffee pavlova
(beza o średnicy 23cm)

na bezę:
  • 6 białek
  • 250g cukru (najlepiej drobnego do wypieków)
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

ponadto:
  • sos karmelowy (z tego przepisu, klik klik)
  • 2-3 banany
  • 300ml śmietanki kremówki
  • odrobina soku z cytryny

najpierw przygotowuję sos z tego przepisu, klik klik. po wystudzeniu wkładam do lodówki*.
na bezę: białka ubijam na sztywno. dodaję po łyżce cukru i ubijam dalej. na koniec wlewam ekstrakt, sok z cytryny oraz wsypuję mąkę ziemniaczaną i ubijam po raz ostatni.
blaszkę wykładam matą teflonową (lub papierem do pieczenia). odrysowuję okrąg i wykładam ubitą masę z białek na odrysowany okrąg, formując bezę.
piekę w 150 stopniach przez 1,5h z termoobiegiem. wyłączam piekarnik i otwieram drzwiczki. studzę bezę w uchylonym piekarniku.
kremówkę ubijam na sztywno.
bezę przekładam na talerz lub paterę. wykładam na jej środek ubitą śmietanę.
banany kroję na plasterki, skrapiam sokiem z cytryny. układam je na wierzchu bezy ze śmietaną. następnie polewam sosem karmelowym.
tak przygotowana pavlova, ze względu na banany, jest oczywiście najlepsza zaraz po przygotowaniu.

*sos można przygotować dzień wcześniej. potrzebowałam 1/2 sosu do tego przepisu.



smacznego! :-))

08:11, cuda.wianki , desery
Link Komentarze (14) »
piątek, 26 kwietnia 2013
bo czasem słowa są niepotrzebne.



są takie, które ranią, bo ludzie lubią paplać i ten fakt się nie zmieni.
są słowa miłosne.
szepty.
i są takie, które na dzień dobry wprawiają w miły nastrój. i takich właśnie Wam życzę przez cały nadchodzący weekend :-))


//przepis w
łasny.



cytrynowe nale
śniki z makiem i serkiem cytrynowym
(ilo
ść dowolna)

nale
śniki:
  • ulubione naleśniki lub naleśniki z tego przepisu, klik klik
  • 2-3 łyżki maku
  • 2-3 łyżki soku z cytryny

serek cytrynowy:

  • 250g serka mascarpone (lub innego, o naturalnym smaku)
  • cukier puder do smaku
  • 2 łyżeczki skórki startej z cytryny

do ciasta naleśnikowego dodaję na koniec mak i sok z cytryny. smażę je na teflonowej patelni bez tłuszczu lub smarując odrobiną masła.
cytrynę sparzam i porządnie szoruję szczoteczką. ścieram skórkę na małych oczkach tarki, tak, żeby uzyskać 2 łyżeczki. mieszam razem z serkiem, dodając przy tym cukier puder do smaku.
usmażone naleśniki podaję z serkiem cytrynowym.
smakują również wybornie z Waszym ulubionym dżemem.



smacznego! :-))

22:35, cuda.wianki , desery
Link Komentarze (12) »
czwartek, 25 kwietnia 2013
na torcie lada dzień i znów robi się bardziej sentymentalnie niż zwykle. w okolicach urodzin łatwiej się wzruszam na myśl o starych czasach. z nostalgią przeglądam zdjęcia w albumie. grzebię we wspomnieniach, uśmiechając się na myśl, jak wiele cudownych poupychanych jest gdzieś w zakamarkach mojej pamięci.



dziś wyjątkowo sięgam w pamięć bardzo daleko. do czasów sprzed Kruszyna. początków z Facetem. krótko obstrzyżony chłopak w koszuli w niebieską krateczkę. historia, która rozpoczęła się tak niewinnie i tak daleko zaszła...

z rozrzewnieniem wspominam szkolne przyjaciółki (te z którymi dziś nie mam już kontaktu) - zastanawiam się, czy i one patrzą na wspólne zdjęcia, myśląc o tamtych czasach ciepło? czy pamiętają choć jedną historię z tych, którymi dzieliłyśmy się w czasie przerw?

słucham piosenek Edyty Bartosiewicz. pamiętam dokładnie dzień, kiedy przyniosłam kasetę "wodospady" do domu i wrzuciłam do starego jamnika. i te motyle w brzuchu, że można tak śpiewać i tworzyć takie melodie. a ta piosenka, mam wrażenie, już zawsze towarzyszyła mi w tej dalekiej podróży, która, choć nigdy się nie zapowiadało, trwa do dziś... nazywa się Zielona Wyspa.

i jeszcze dalsze wspomnienia. te z domu rodzinnego. wspólne kolacje lub śniadania. gwarne, pełne śmiechu. to, że w czasach PRL i tuż po, nie zawsze na chlebie była wędlina. był za to pełen luz i były wszelakie pasty, które z kromką chleba wcinaliśmy z bratem i młodszą siostrą.



awanturka. nie mam pojęcia czemu ta pasta zawdzięcza swoją oryginalną nazwę? ryba. twaróg. i ulubione dodatki. jak to zwykle bywa w takich przypadkach: proste, a smaczne! i można urozmaicić na wiele sposobów!

//przepis z pamięci.



awanturka
(mała porcja)

  • 1 puszka sardynek w oleju* (125g)
  • 125g twarogu (u mnie półtłusty)
  • 2-3 łyżeczki koncentratu pomidorowego**
  • sól, świeżo zmielony pieprz***

z puszki sardynek odlewam olej.
w miseczce rozdrabniam widelcem twaróg. dodaję rybę, koncentrat i przyprawy do smaku. mieszam dokładnie, rozdrabniając wszystko razem widelcem.
podaję z pieczywem.


*sardynki, szprotki lub makrela, jeśli wędzona ryba lepiej dodać mniej, gdyż ma intensywniejszy smak
**z koncentratem dla wielbicieli ryb w pomidorach, można robić tę pastę bez dodatku koncentratu lub dodać pokrojone drobno suszone pomidory. to ju
ż będzie taka nowoczesna wersja awanturki ;-))
***można dodać dowolne przyprawy, chociażby ostrą paprykę dla lepszego rezultatu smakowego.

Do awanturki u Faceta w domu dodawało się posiekaną cebulę. można też dodać rozdrobnione widelcem jajko, jak kto lubi :-))



p.s. a po chwilach nostalgii siadam przy stole z kanapką, kubkiem ulubionej herbaty i nowym katalogiem h&m home. wybieram sobie urodzinowy prezent... :-))
czwartek, 18 kwietnia 2013
na co dzien kazdy z nas spotyka sie z mniejsza lub wieksza dawka stresu. zwalcza go czekolada, ciepla rozmowa, ksiazka, ktora zaglusza problem lub w inny, swoj ulubiony sposob. dlatego w kuchni nie lubie stresu! chociaz tutaj chce byc od niego wolna...



od dluzszego czasu juz mniej eksperymentuje. wybieram potrawy, ktore powinny sie udac (choc nie zawsze sie to sprawdza i zakalce w domu na Wyspie tez bywaja - nikt nie jest doskonaly ;-)). ale... ale na pewno nie ma tego calego stresu, czy potrawa wyjdzie, czy zostane z pustym talerzem zamiast obiadu? majac na uwadze moich dwoch facetow, trudno ryzykowac znakiem zapytania zamiast pozywnym posilkiem.



bywa jednak, ze chce czegos nowego! oprocz stresu nie lubie w kuchni nudy. pytam wtedy Wiekszego Faceta czy ma na "to" ochote, Mniejszy dopiero wyrabia sobie gust i na kazde inne danie niz pomidorowka, najchetniej powiedzialby nie. wiedzac, ze nie bede jesc obiadu sama, przygotowuje nowosc, np. calkiem fajna kalafiorowa tarte.
wedlug Faceta z wieksza iloscia boczku nastepnym razem. Kruszyn najchetniej zjadal serowy wierzch i boki tarty. wedlug mnie: pyszna wiosenna tarta, ktora nawet jedlismy jak juz dobrze ostygla... z polmiskiem zielonej salaty skapanej w smietance (klik klik). fajny, wcale nie monotonny wiosenny obiad.
a tym, ktorzy po slowie "tarta" wymawiaja w nastepnej kolejnosci "stres" powiem tylko jedno: nie ma sie czego bac! swoje ciasto na tarte nawet nie walkuje (martwiac sie: czy za cienko, czy za grubo?). ugniatam palcami na dnie i bokach foremki, bo to i tak smakowo nie ma wiekszego znaczenia! wizualnie nie jest zle! ;-))


//przepis stad, klik klik, lekko zmodyfikowany.



tarta kalafiorowa
(forma o srednicy 23cm)

na ciasto:

  • 225g maki pszennej
  • 140g masla
  • 1 zoltko
  • 3 lyzki zimnej wody

na nadzienie:

  • 1 mniejszy kalafior
  • 150g wedzonego boczku
  • 2 jajka*
  • 250ml smietanki kremowki
  • 200g zoltego sera**
  • sol, pieprz, galka muszkatolowa

skladniki na tarte umieszczam w malakserze i miksuje na drobne okruchy, a potem az do uzyskania jednolitego ciasta (mozna tez przygotowac metoda tradycyjna, ugniatajac skladniki reka). nastepnie wyjmuje z malaksera i lepie kule, ktora owijam folia spozywcza i wkladam do lodowki na minimum 30 minut.
po tym czasie wylepiam ciastem dno i boki tortownicy. nakluwam widelcem. wkladam do lodowki na kolejne 30 minut.
w tym czasie przygotowuje nadzienie. kalafior rozdzielam na male rozyczki (wieksze przekrawam na pol) i zalewam wrzatkiem. gotuje 10 minut. odcedzam.
pokrojony w drobna kostke boczek wytapiam na suchej teflonowej patelni. ukladam na papierowym reczniku, ktory wchlania nadmiar tluszczu. nastepnie dodaje do garnka z ocedzonym kalafiorem.
jajka rozbeltuje w naczyniu. wlewam tam smietanke i mieszam wszystko razem widelcem. przyprawiam odrobina soli i duza iloscia pieprzu oraz galki muszkatolowej.
ser scieram na tarce na drobnych oczkach. 3/4 ilosci sera dodaje do masy jajeczno-smietanowej. taka mieszanka zalewam kalafior z boczkiem i dobrze mieszam.
schlodzony spod tarty przykrywam srebrna folia spozywcza. na wierzchu rozkladam kulki ceramiczne (lub ryz/fasole/w zaleznosci co uzywacie przy podpiekaniu spodu tarty). pieke w 170 stopniach (z termoobiegiem) przez 15 minut, nastepnie 5-10 minut bez przykrycia. wyjmuje tarte, nakladam na niej nadzienie. posypuje reszta startego sera.
pieke 30-40 minut w 170 stopniach (z termoobiegiem), az do zarumienia sie.
chwile studze, zanim kroje***. podaje z polmiskiem salaty.



*w oryginalnym przepisie sa 3 jajka na 284ml smietanki. my wolimy nadzienie bardziej smietanowe niz jajeczne, wiec zmniejszylam ilosc jajek.
**mozna zmieszac sery: parmezan, mozarelle, cheddar. ja dodaje zwykle ser edam.
***ukrojcie kawalek tarty i jesli nadzienie wciaz jest plynne, wlozcie do piekarnika jeszcze na chwilke.


Do tej tarty na pewno tez swietnie nada sie brokul zamiast kalafiora, dla kontrastu i wiecej zieleni na wiosennym talerzu!



smacznego! :-))
11:55, cuda.wianki , przystawki
Link Komentarze (14) »
niedziela, 14 kwietnia 2013
obrus na stole. i kwiaty w wazonie, nawet jeśli jest to tylko gałązka forsycji z ogródka.



lubie zasiąść wygodnie na sofie z magazynem. najlepiej kulinarnym. albo dać się ponieść wspaniałej historii, ostatnio jest to zdecydowanie serialowa wersja Gry o tron, którą nadrabiam z zamiłowaniem.



lubię wyjadać lemon curd ze słoiczka, przyznaję się, nawet jeśli nie jest domowej roboty... lub popełnić jakieś ciasto z lemon curdem właśnie...



gdybym spytała Faceta przed pieczeniem, jakim kremem udekorować brownies, usłyszałabym kawowym. kawowe kremy, desery i musy to jego słabość. moja też, tuż po cytrynowych oczywiście! i dziś niedzielnie, ku uciesze swoich kubków smakowych, lubię zajadać się brownies z musem cytrynowym. polecam! :-))


//czekoladowe ciasto z musem cytrynowym pokazywała ostatnio Dorotka, klik klik. dziś w ramach przeszukiwania szafek, co by tu upiec, nie znalazłam  na nie wszystkich składników. stąd moje brownies z musem cytrynowym, bo na to akurat składniki były... niepocieszony do końca Facet dostanie swoje brownies z kremem kawowym następnym razem, bo jego zmiana jest bardzo prosta, o czym poniżej!
przepis na brownies według tego, klik klik, tylko z połowy porcji. mus to pomysł od Dorotki na krem cytrynowy, klik klik, wzbogacony przeze mnie o żelatynę.



brownies z musem cytrynowym
(tortownica o średnicy 20cm)

na brownies:

  • 70g masła
  • 100g gorzkiej czekolady (najlepiej o zawartości 74% kakao)
  • szczypta soli
  • 60g cukru demerara (można zastąpić białym)
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • 60g mąki pszennej

na mus cytrynowy*:

  • 125g serka mascarpone
  • 150ml lemon curdu (może być z tego przepisu, klik klik)
  • 250ml śmietanki kremówki (36% lub wyżej)
  • 2 łyżeczki żelatyny

pokrojone w kostkę masło i połamaną czekoladę wkładam do rondelka. rozpuszczam na małym ogniu, mieszając, aż się połączą. ściągam z ognia, chwilę studzę, po czym dodaję cukier, ekstrakt, sól i miksuję. wbijam jajko i żółtko, dodaję mąkę i miksuję po raz ostatni.
formę smaruję masłem i przekładam do niej masę na ciasto.
piekę w 160 stopniach przez 25 minut.
studzę całkowicie.
na mus: żelatynę zalewam kilkoma łyżkami wrzącej wody (4-5 łyżek). mieszam dokładnie, żeby nie było grudek. odstawiam do wystudzenia.
serek mascarpone mieszam łyżką z lemon curdem. w osobnym naczyniu ubijam śmietankę na sztywno. dodaję do serka i curdu, i mieszam delikatnie. następnie wlewam ostudzoną żelatynę, po czym mieszam razem. wylewam mus na ciasto. wygładzam wierzch szpatułą. wstawiam do lodówki na minimum 1 godzinę.
przechowuję w lodówce 1 dzień.


*mus cytrynowy można z łatwością zastąpić kawowym - pokombinujcie z kremem z tego przepisu, klik klik, dodając pod koniec żelatynę.




smacznego!

biorę udział w Giveaway u Dagi z My House of Ideas
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
| < Maj 2013 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
spis tresci:
start
cudawianki
brulion
zagladam do kuchni:
podglądam:
UWAGA!
Durszlak.pl