czwartek, 18 marca 2010
grasz w zielone? gram! ;-)

oto moja pierwsza groszkowa. serio. wczesniej zachwycalam sie jej intensywnym zielonym kolorem na wielu blogach, ale zawsze odkladalam na pozniej. akcja Pincake mnie zmobilizowala! i dobrze, bo tak nam posmakowala, ze w ostatnim czasie "popelnilam" ja dwa razy! :-) to nasza kolejna fascynacja po kremie marchewkowym, klik klik.

mieta i groszek to duet doskonaly. podpatrzylam go na wielu blogach, ale proporcje do mojego kremu dobralam osobiscie.

zatem nie pozostaje mi nic innego, jak zagrac w zielone ;-)

p.s. tym razem podalam groszkowa ze swieza bagietka, ale juz w nastepnym poscie postaram sie Wam przedstawic nasze ulubione dodatki do kremowych zup.



krem z zielonego groszku z mieta
(2-3 osoby):


500g mrozonego zielonego groszku
1 cebula
1 zabek czosnku
1 ziemniak
kilka listkow miety
750ml wrzatku + 1 kostka rosolowa warzywna
sol, pieprz, galka muszkatalowa

ponadto:
odrobina oliwy do smazenia
4 plastry bekonu do podania w kremie
swieze pieczywo do podania razem

cebule i czosnek pokroic w drobna kosteczke. smazyc chwile na oliwie. ziemniaka obrac i pokroic w kostke. dorzucic na patelnie. wsypac przyprawy. chwile razem smazyc, mieszajac.
przelozyc zawartosc patelni do rondla. zalac goraca woda wymieszana z kostka bulionowa. zagotowac. wrzucic zielony groszek.
gotowac na mniejszym ogniu przez 20 minut, do momentu, kiedy ziemniak bedzie miekki. wrzucic kilka listkow miety do smaku i gotowac chwile razem. nastepnie przelac zawartosc rondla do blendera i zmiksowac na gladki krem. na koniec dodac swiezo zmielony pieprz.
na patelni przesmazyc plastry bekonu, podawac w kremie. mozna jesc ze swiezym pieczywem.

przepis wedruje do akcji Pinkcake "zielono mi":


środa, 17 marca 2010
zapraszam na kawe po godzinach. smakuje rowniez dobrze w Dniu Swietego Patryka jak i na codzien, jesli lubicie kawe, ktora daje porzadnego kopa ;-) tylko sie nie rozpijajcie ;-)

to kawa po irlandzku z whiskey oczywiscie! smakuje nawet mnie, choc za whiskey nie przepadam. ale nie posmakuje tym, ktorzy nie lubia kawy, bo gra ona tutaj pierwsze skrzypce...

kiedy pytam irlandzkich znajomych jak sie przyrzadza tradycyjna kawe po irlandzku nie pamietaja kolejnosci. czy nalewa sie najpierw kawe czy whiskey? chyba jednak whiskey, wolaja po chwili. hmmmm... w  necie mozna znalezc przepis na typowa kawe po irlandzku, taka jaka podaja tu w barze. ja slysze tak: wlewasz kawe do kubka, dodajesz whiskey i cukier. mieszasz. nastepnie na top dajesz smietanke. i tyle! kawa nie moze byc za slodka, to smietanka, ktora unosi sie na wierzchu kawodrinka ma byc esencja dla tego napoju. taka wlasnie przyrzadzam kawe dla Was. i zapraszam, tym bardziej ze u nas podwojny powod do picia. Kruszynek skonczyl dzis 10 miesiac!!!

a jutro kremowa groszkowa...



kawa po irlandzku
(1 kieliszek):

mocna kawa w 200ml wody
1 lyzeczka brazowego cukru
2 lyzeczki whiskey
ok. 80ml smietanki kremowki (36% lub wiecej)

smietanke ubic, ale nie na sztywno, tylko prawie, ze na sztywno.
zaparzyc kawe w 200ml wody. wsypac do niej cukier, wlac whiskey. wymieszac. przelac do kieliszka. na wierzch wlac smietanke. podawac natychmiast.
16:11, cuda.wianki , napoje
Link Komentarze (30) »
niedziela, 14 marca 2010
lubie Wyspe za to, ze prawie caly rok jest tu zielono. za to, ze ludzie wokol sa usmiechnieci i na pytanie, co slychac, zawsze odpowiadaja: w porzadku. za kruche ciasteczka digestive, ktore nie tylko nadaja sie do wypiekow, ale sa ulubiona przegryzka do herbaty z cytryna. za likier Baileys, ktorego smak zniewolil mnie od pierwszego lyka...

etc.




i wlasnie dzis bedzie o tym likierze. bo czemu nie zrobic sobie jego domowa wersje? na pewno wyjdzie taniej niz ze sklepu! a ci, ktorzy lubia wlasne nalewki beda mogli poszczycic sie wlasnym likierem made in Ireland :-)

zblizajace sie swieto Patryka bedziemy zapewne obchodzic w tym roku spijajac piane z Guinnessa (to Facet) i popijajac domowego Baileysa z lodem (to ja) w domowych kapciach (kiedy Kruszynek bedzie juz lulal we wlasnym lozeczku). jesli macie ochote sie przylaczyc to jest to kolejny powod dla ktorego warto zrobic ten likier w domu!

ja zrobilam go wedlug przepisu Polki, klik klik, ktory znalazlam u Atinki. jest on oparty na wodce, choc tak naprawde Baileys'a tworzy sie na bazie irlandzkiej whiskey. zreszta Atinka podala rowniez taka wersje likieru, klik klik. tak naprawde wybor nalezy do Was. ja jako wierna fanka Baileys'a moge smialo powiedziec, ze ten zrobiony przeze mnie nie jest ostatnim!

przepis zmodyfikowalam o gotowa mase krowkowa, gdyz nie chcialo mi sie gotowac puszki mleka oraz dalam wiecej kawy, bo tak nam bardziej smakuje.



domowy baileys
(ok. 800ml):


1/4 lub 1/2l wodki (zalezy od Was, jak bardzo lubicie promile, osobiscie dalam 1/2l, pewnie dlatego, ze lubie pic ten likier z duza iloscia lodu)
1 puszka (397g) gotowej masy krowkowej
1/2 szklanki mleka skondensowanego nieslodzonego
1 plus 1/2 lyzeczki kawy rozpuszczalnej

mase krowkowa zmiksowac mikserem z mlekiem, dodajac kawe. nastepnie te mase wymieszac lyzka z wodka. nalac do butelki. wstawic do lodowki w celu przegryzienia sie, najlepiej na 2-3 dni. podawac z lodem. jesli jest za mocne, mozna tez dolewac zimnego mleka.
21:30, cuda.wianki , napoje
Link Komentarze (29) »
piątek, 12 marca 2010
obiecalam, klik klik, to obietnice spelniam. na rozgrzewke mialo byc chili con carne zamiast cieplych rekawiczek i jest. w dodatku z malym tajemniczym skladnikiem, ktorego nie moze zabraknac w Waszej wersji con carne nastepnym razem! mowa o... czekoladzie! tak tak, nie wierzycie? ja tez nie, kiedy po raz pierwszy przeczytalam ten przepis w gazetce z jednego z marketow. potem poszperalam w sieci i okazalo sie, ze wiele osob uzywa gorzkiej czekolady do nadania glebszego smaku tej popularnej potrawie. sprobowalam raz i u nas juz tak pozostanie! a u Was??



Kochani, to juz chyba ostatnie podrygi na tego typu rozgrzewajace potrawy. wiosna juz tuz tuz... tez ja czujecie??

przepis z malymi modyfikacjami z gazetki "sainsbury's".



chili con carne
(3-4 osoby):


250g miesa mielonego wolowego
1 czerwona papryczka chili
1 czerwona papryka
1 czerwona cebula
2 kosteczki gorzkiej czekolady
1 puszka czerwonej fasoli
1 puszka pomidorow
1 kostka bulionu wolowego + 300ml wrzatku
slodka papryka, pieprz, oregano, kumin (kmin rzymski), odrobina soli

ponadto:
ryz do podania z chili con carne
odrobina oliwy do smazenia

rozgrzac odrobine oliwy na patelni. wrzucic tam mieso mielone. smazyc, az zbrazowieje. dodac poszatkowana w drobna kosteczke cebule i papryke, oraz bardzo drobno pokrojona papryczke chilli. smazyc mieszajac od czasu do czasu przez 5-10 minut, az cebula bedzie miekka. przelozyc zawartosc patelni do rondla. wlac tam bulion (kostke wolowa rozdrobnoic widelcem we wrzatku), dodac puszke pokrojonych drobno pomidorow oraz puszke czerwonej fasoli. doprowadzic do wrzenia. gotowac pod przykryciem na mniejszym ogniu przez 20 minut. doprawic przyprawami. dodac dwie kosteczki czekolady. gotowac kolejne 15-20 minut pod przykryciem, az czekolada sie rozpusci, a potrawa nabierze odpowiedniej konsystencji i smaku. doprawic jeszcze raz na koniec, jesli jest taka porzeba.
podawac z gotowym ryzem.

chili con carne zglaszam do akcji "rozgrzewacze na zimowa pore", ktora prowadzi Dziwnograj:


środa, 10 marca 2010
jak bylam mala mowiono na mnie wrobelek. a raczej mowiono o mnie: je jak wrobelek. z najwieksza irytacja spotykalam sie na babcinych rodzinnych obiadach, ale na szczescie jeszcze nie znalam pojecia irytacja ;-) pelne oczekiwania spojrzenia, kiedy ona w koncu zje ten rosol?!, gdy kazdy juz mial w glowie tylko schabowego, a bacia nigdy nie chciala odpuscic i lala rosol az po brzegi talerza...

kto by przypuszczal, ze z tego niejadka wyrosnie taki smakosz :-)



a dzis? lubie jesc. lubie dobrze zjesc. lubie klasyke w kuchni, ale i eksperymenty. nie lubie sie za to nudzic. i pewnie stad powstala pewna salatka z buraczkiem, o ktorej Wam wspominalam tutaj, klik klik. na przekor nudzie.



a jeszcze dzis, kiedy widze spojrzenia Kruszynka pt.: mamo, czemu musze to jesc?, kiedy wciskam mu bioobiadki marze, zeby z takiego niejadka jak kiedys ja, stal sie smakoszem...



salatka z buraczkiem i feta
(2-3- osoby):


garsc lisci salaty (sprawdza sie zwykla zielona salata lub rukiew, raszponka)
2 buraki
garsc platkow migdalow
50g sera feta
odrobina oliwy z pierwszego tloczenia
odrobina soku z cytryny
sol, pieprz ziolowy

buraki wyszorowac, ugotowac, obrac, a nastepnie przekroic na cwiartki. pokroic je w cieniutkie plasterki.
platki migdalow uprazyc na suchej patelni.
do miski wrzucic rozszarpane liscie salaty. polozyc na to czesc buraczkow. posypac rozkruszona polowe fety. znow warstwa buraczkow i fety. a na koniec posypac uprazonymi platkami migdalow. skropic salatke oliwa, sokiem z cytryny. doprawic do smaku sola i ziolowym pieprzem.
poniedziałek, 08 marca 2010
marzenia sa po to, aby je spelniac...

pewna zlota rybka (w postaci Faceta ;-)) przyplynela wczoraj do mnie i obiecala spelnic trzy zyczenia z okazji Dnia Kobiet. hmmm... dobrze znalam mozliwosci tej rybki i wiekszosc moich marzen nie byla do spelnienia nawet dla niej ;-) wiec przeszukalam wlasna wyobraznie i znalazlam jedno przyziemne marzenie.

i uwierzcie mi lub nie, kocham Kruszynka, ale odkad sie urodzil oprocz dwoch wizyt u fryzjera z zegarkiem w reku i wiazanka przeklenstw, ze obcinanie wlosow powinno trwac krocej, do tej pory jeszcze (czyli przez 9 i pol miesiaca!) nie spedzilam trzech godzin sama ze soba. tak tak, dobrze rozumiecie... moje marzenie okazalo sie blahe, przez trzy godziny zamarzylo mi sie chodzenie po sklepach, w jakims celu czy bez, niewazne, byle by samej!

(Polka napisala to dzis tak ladnie: zycze sobie i Wam drogie Kobiety byscie zawsze znalazly czas dla siebie...)



rybka spelnila moje marzenie bez chwili zastanowienia i dzis mialam maly maraton zakupowy. hehehe... i niewazne, ze nie przynioslam do domu zadnego wiekszego trofeum oprocz nowej cukierniczki (stara zginela smiercia tragiczna rozbijajac sie o kuchenna posadzke) i pewnej czesci bielizny (o czym nie bede Wam tu sie dluzej rozpisywac ;-)).

pierwsza godzina sam na sam byla niesamowita. bez pospiechu, bez szukania smoczka wokol wozka, gdzie by go wyplul Kruszynek?, bez spojrzen Faceta pt. czy ty aby na pewno chcesz kupic te sukienke??... druga godzina okazala sie juz meczaca dla moich nog i pojawilo sie zniecierpliwienie, czemu wlasnie kiedy mam ochote na zakupy, w sklepach nie ma nic ciekawego?? (to chyba normalne w moim przypadku, nie powinnam sie dziwic ;-)). a trzeciej nie bylo, gdyz steskniona za Kruszynkiem i wiesciami co porabiaja moi chlopcy, wrocilam do domu... :-)


a w domu... spelnily sie moje pozostale dwa zyczenia. w butelce (bo wszystkie wazony oprocz cukierniczek jakims nieszczesciem tluka sie w naszym domu!) pachnial pierwszy w tym roku bukiet tulipanow (taka juz chyba stala sie tradycja, ze Facet wlasnie z okazji Dnia Kobiet rozpoczyna sezon tulipanow), a na stole pojawila sie pizza. zupelne przeciwienstwo kobiecych lekkich salatek, czy czekoladowych slodkosci, jakie moglyby sie kojarzyc z Dniem Kobiet. pizza typowo meska. z duza iloscia zoltego ciagnacego sie sera oraz kurczakiem skapanym w sosie barbecue.

przepis jest wariacja na temat kilku przepisow z internetu.



pizza barbecue
(forma 25cmx35cm):


placek na pizze (z ulubionego przepisu)
2 piersi z kurczaka
mala czerwona cebula
kawalek zoltego sera (edam)
kulka mozarelli

na sos barbecue:
2 zabki czosnku
1 mala cebula
200g koncentratu pomidorowego
sok z cytryny do smaku
100ml wody
2 lyzeczki brazowego cukru
odrobina sosu sojowego
odrobina musztardy
pieprz, pieprz cayenne
olej do smazenia

ponadto:
olej do smazenia kurczaka

zrobic sos: cebule oraz czosnek pokroic w drobna kosteczke. zeszklic na odrobinie oleju. przelozyc do rondelka. wlozyc tam koncentrat, wlac wode. dodac pozostale skladniki i dusic pod przykryciem okolo 20 minut. doprawic do smaku pieprzem czarnym i cayenne.
piersi kurzece pokroic w drobna kostke. przesmazyc na patelni na oleju. odsaczyc na papierowym reczniku. wymieszac z kilkoma lyzeczkami sosu i odstawic do lodowki na czas zrobienia ciasta na pizze.
ciasto posmarowac pozostala czescia sosu. posypac startym zoltym serem oraz mozarella. polozyc kawalki kurczaka oraz krazki czerwonej cebuli.
zapiekac w piekarniku odpowiednia ilosc czasu do wyrosniecia ciasta i roztopienia sie sera.


a tak przy okazji zycze Wam Kochane, aby nie tylko w tym szczegolnym Dniu w roku spelnialy sie Wasze marzenia!
22:07, cuda.wianki , przystawki
Link Komentarze (37) »
sobota, 06 marca 2010
wyslalam Faceta po ananasa i przywiozl... ale w puszce!...

podobno nie bylo! ananas nalezy do tych "wiekszych" owocow, wiec chyba mu wierze, ze nie ominal i rzeczywiscie w sklepie nie bylo... tak sie ostatnio chwalilam, ze u nas ananasy w promocji, wiec pewnie przylecieliscie na Wyspe i wykupiliscie ;-) zaraz zrobie rundke po blogach i znajde winowajce... ;-)




a za mna chodzila ta panna ochota, co to nie odpusci dopoki czegos nie zrobimy. i praktycznie sama mi podwinela rekawy, zalozyla zielony fartuszek, wsadzila w reke mikser i ukrecila ciasto na placuszki z mleka kokosowego. wiec sie jej poddalam i usmazylam te fajne pankejki z ananasem, tym razem z puszki... :-)



kokosowe placuszki z ananasem
(10-15 plackow):


2 szklanki maki
1 puszka (400ml) mleka kokosowego
2 jajka
75g masla
3 kopiaste lyzki cukru
5 kopiastych lyzek wiorkow kokosowych
3 plaskie lyzeczki proszku do pieczenia
12-15 krazkow ananasa z puszki (dokladnie tyle ile plackow, wiec im wieksze placki, tym mniej krazkow)

w mikrofali rozpuscic maslo i odstawic do wystygniecia.
w misce wymieszac make z proszkiem do pieczenia, wiorkami kokosowymi oraz cukrem. wlac mleko kokosowe. zmiksowac. dodac jajka i ponownie zmiksowac. na koniec ostudzone maslo i potraktowac mikserem ostatni raz.
krazki ananasa z puszki odsaczyc.
teflonowa patelnie dobrze rozgrzac. nastepnie zmniejszyc ogien na sredni. nakladac lyzka porcje ciasta na placki (tak po 2 lyzki na jeden placuszek). kiedy jedna strona zaczyna sie juz smazyc, polozyc plasterek ananasa na te wierzchnia i po chwili (kiedy tamta strona jest juz dobrze usmazona) przewrocic na druga. placki maja byc z obu stron rumiane oraz dobrze usmazone w srodku. mozna to sprawdzic za pomoca patyczka.
najlepiej smakuja troche wystudzone, ale jeszcze cieple.
21:48, cuda.wianki , desery
Link Komentarze (20) »
czwartek, 04 marca 2010
czy Wam tez czas ucieka z predkoscia swiatla?
ledwo wstalam, a juz jest poludnie. ledwo napilam sie porannej kawy przy ddtvn, a juz pije wieczorne mleko z syropem klonowym ogladajac jakis film w tv. ledwo Kruszynek sie obudzil, a juz go usypiam. ledwo jest poniedzialek, a juz jest sobota...

ledwo bylam w PL, a juz jestem ponad miesiac na Wyspie...



a w rodzinnym domu bylo tak fajnie. wieczorne rozmowy o wszystkim i niczym. mamy obiady. siostra, ktorej w ciazy chyba jeszcze ladniej niz mi ;-) i chlebek czekoladowo-bananowy, ktory podjadalysmy tak czesto...

te wersje udoskonalilam o ciut wiecej czekolady niz stosowalysmy w domu, zeby chlebek stal sie bardziej czekoladowy niz bananowy (bo taki juz mam w kolekcji, klik klik). zmniejszylam ilosc cukru. a do ulubionych zurawin dodalam posiekane laskowe orzechy. pycha!



chlebek czekoladowo-bananowy
(2 keksowki 25 x 8 cm lub 1 wieksza):


150g masla
1/2 szklanka cukru
2 jajka
4 banany (im dojrzalsze tym lepsze)
1 plus 1/4 szklanka maki
2 plaskie lyzeczki proszku
1/2 lyzeczki sody oczyszczonej
100g gorzkiej czekolady
100g suszonych zurawin
100g orzechow laskowych

gorzka czekolade wlozyc na jakis czas do lodowki.
maslo rozpuscic w mikrofali. ostudzic. zmiksowac je z cukrem, a nastepnie jajkami.
w drugiej misce rozgniesc banany widelcem na jednolita mase.
dodac je do masy z jajek i masla. zmiksowac. teraz dosypywac powoli make wymieszana z proszkiem i soda, miksujac caly czas.
wyjac czekolade z lodowki i scierac na tarce na duzych oczkach wprost do miski z ciastem. wymieszac lyzka. nastepnie dodac zurawine i rozgniecione orzechy. ponownie wymieszac lyzka.
(orzechy mozna rozlozyc na suchej sciereczce i rozgniatac je na mniejsze kawalki tluczkiem)
ciasto nalozyc do keksowki i piec w 170 stopniach przez 1h. do suchego patyczka.
wtorek, 02 marca 2010
no zgadlyscie, zgadlyscie... oczywiscie, ze chodzilo o ziemniaczana babke! ale pytanie nie bylo z tych trudnych... ;-))



babka ziemniaczana to moja milosc od pierwszego kesa. i wcale nie taka stara, bo potrawe poznalam calkiem niedawno. o tym jak pysznie smakuje opowiedziala mi kolezanka z pracy (Polka, wprost z Suwalk!). wystarczyla mi zacheta, ze smakuje jeszcze lepiej niz placki ziemniaczane, a jestem plackozerna (co widac tutaj, klik klik), wiec czym predzej ja zrobilam!



do babki ziemniaczanej nie potrzeba wiele. jej smak podkresla tylko cebula i boczek oraz jak dla nas wspomniana niedawno, domowa cwikla, klik klik.

jest to jedno z tych dan, do ktorych mam nadzieje przekaze moja milosc Kruszynkowi...



babka ziemniaczana
(forma 20 cm):


1kg ziemniakow
250g boczku
2 cebule
2 jajka
3/4 szklanki maki
sol, pieprz, majeranek

ponadto:
odrobina oleju do podsmazenia boczku
maslo do wysmarowania formy
cwikla do podania z babka (moze byc z tego przepisu, klik klik)

ziemniaki i cebule obrac. zetrzec na tarce na malych oczkach badz zmiksowac w food procesorze.
pokrojony w drobna kosteczke boczek podsmazyc na patelni na rumiano. odsaczyc z nadmiaru tluszczu na papierowym reczniku.
do ziemniakow i cebuli dodac jajka, make i przyprawy (sol, duzo pieprzu i duzo majeranku) i dobrze wymieszac. na koniec dodac boczek.
mase przelozyc do wysmarowanej maslem formy na babke.
piec 1h w 180 stopniach, do suchego patyczka.
jeszcze cieple wyjac z formy. podawac z domowa cwikla.
niedziela, 28 lutego 2010
pamietacie, jak niedawno wspominalam Wam, ze czasem zastanawiam sie jak ulepszyc bloga? no moze nie ulepszyc, ale zmienic, majac nadzieje, ze te zmiany beda na lepsze...

otoz, malymi krokami zbliza sie wiosna, wiec wiosenne porzadki w mojej glowie. rowniez blogowe. zapraszam Was notke wczesniej, klik klik, sami zobaczcie w jakim kierunku poszly te porzadki i zmiany...


(przy kazdym takim miesiecznym wstepie sprobuje Wam wspomniec nie tylko o moich kulinarnych planach, ale o tym co bedzie sie dzialo na Wyspie. sprobuje Wam ja "przyblizyc". mieszkam tu juz ladne kilka lat i pewnie jeszcze tyle bede mieszkac, wiec chialabym sie z Wami podzielic pewnymi spostrzezeniami lub zdjeciami na jej temat, a przede wszystkim na temat tutejszej kuchni...)

ale dosc o zmianach. koniecznie sprobujcie domowej cwikly, ktora przygotowalam do jednej z naszych ulubionych potraw z ziemniakow. jakiej? zdjecie po prawej powinno dac Wam podpowiedz! przepis na te potrawe juz niebawem.



domowa cwikla
(1 sloiczek):


2 buraki
kawalek chrzanu badz 2-3 kopiaste lyzki chrzanu ze sloiczka
odrobina soku z cytryny
sol, pieprz, cukier, czosnek granulowany (opcjonalnie)

buraki ugotowac. obrac, zetrzec na tarce na malych oczkach. chrzan rowniez zetrzec badz dodac chrzan ze sloiczka. skropic sokiem z cytryny. doprawic wymienionymi przyprawami do smaku.
taki chrzan trzymamy w lodowce przez trzy dni. mysle jednak, ze pasteryzowane sloiczki z cwikla beda mogly stac dluzej.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
| < Marzec 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
spis tresci:
start
cudawianki
brulion
zagladam do kuchni:
meta
UWAGA!