środa, 21 grudnia 2011
Kochani! zycze Wam spanialych Swiat Bozego Narodzenia, aby ten magiczny czas zatrzymal sie choc na chwile w miejscu, ba! aby ta magia zostala z Wami na znacznie dluzej, na nastepny 2012 rok!
Cudawianki
piątek, 09 września 2011
a przynajmniej tymczasowo-pożegnalna. nie chcę definitywnie zamykać bloga, ale prawdą jest, że w kuchni na Wyspie nastał czas rządów Mamy/Babci i będzie tak jeszcze przez jakiś czas... zanim remont na dobre sie skończy, zanim powstanie nowa kuchnia na Wyspie, minie jeszcze trochę czasu... nie chcę jednak podawać konkretnych dat, bo ostatnio nie tylko czasu mi brak, ale i chęci do blogowania... Ci, którzy mnie jednak dobrze znają wiedzą, że ja uwielbiam tu wracać i właśnie z taką nadzieją zakończę tę notkę... Kochani do usłyszenia, mam nadzieję wkrótce! pozdrawiam Was serdecznie,
Cudawianki
niedziela, 28 sierpnia 2011
sklecić parę słów w jedną notkę. wydaje mi się, że zrobiłam się tak monotematyczna, że nikt nie ma mnie ochoty juz czytać ;-) część mózgu odpowiedzialna za myślenie podzieliła się 50/50. jedna połowa myśli o Kruszynie, druga o domu i remoncie (obecnie temat kafelek w modzie ;-)). i tak mijają mi dni... ![]() czasem jednak dzieje się coś ponad to. jak urodziny mojej Mamy, która sobie u nas urlopuje. w takie miłe święto musiało powstać coś słodkiego. wzięłam Kruszyna do kuchni w celu pomocy w lepieniu ciasteczek, ale wyjadanie masy, zamiast lepienia, chyba przebiło moje oczekiwania wobec pomocnika. z powrotem układał więc puzzle z Babcią, a ja dokończyłam ciasteczka. wyszły wspaniałe*! chrupiące i lekko ciągnące! ale najważniejsze i tak, że smakowały jubilatce! :-)) //przepis z "good food", numer wrzesień'2011. lekko przez mnie zmodyfikowany. * ponieważ rzadko piekę ciasteczka, a jeszcze rzadziej o nich piszę, musicie uwierzyć na słowo, że są pyszne! :-) ![]() ciasteczka z płatków owsianych i kukurydzianych (około 15-18 ciastek)
w misce wymieszać płatki owsiane i kukurydziane (90g, rozgniecione w rękach) oraz mąkę i sodę. w rondelku umieścić masło, mleko słodzone oraz golden syrop. mieszając podgrzewać, aż do rozpuszczenia się masła i połączenia składników. masę wylać na suche składniki, wymieszać łyżką. lepić kulki, dodając w czasie lepienia więcej pokruszonych płatków kukurydzianych. układać na blaszce w odstępach i lekko spłaszczać je ręką. piec przez 12-15 minut w 180 stopniach. studzić na kratce. ocena Faceta:
fajne są! ocena Kruszyna: (zjadł ponad normę ;-))
wtorek, 23 sierpnia 2011
oznajmił ostatnio Kruszyn bacznie mi się przyglądając. - co ci się nie podoba? - spytałam. - włosy - pokazał palcem, po czym krzyknął: - stare włosy wróóóóóóć! (osobiście mnie też się nie spodobały nowe pasemka. 3 dni później przefarbowałam się z powrotem na kasztanowo. Facet zobaczył różnicę znacznie później! ech, ci faceci! ;-)) * huśtam Kruszyna. - popsiuta huśtafka - pokazuje na tę obok. - rzeczywiście - potwierdzam. - kto ją popsuł? ... - jakiś łobuz! - odpowiedział po namyśle Kruszyn :-) * - lejdi gaga! - od progu woła Kruszyn. właśnie wrócił ze spaceru z Babcią. - zlobiłem bach i zlobiłem lejdi gagę - pokazuje mi rączkę z zadrapaniem... (skończyło się na pierwszym Kruszynowym plasterku i pierwszych podartych na kolanach spodniach. na taką "lejdi gagę" (ech te skojarzenia! ;-)) nie pozostało nic innego jak rozpieścić mojego chłopczyka. deser koniecznie!) ![]() a na deser ryż na mleku. nie tylko Kruszyn uwielbia takie desery. załapał się też Facet, Babcia i nawet mama ;-) nowa wersja ryżu zapiekanego z jabłkami. primo: bardziej kremowa. secundo: co lepsze, ze śliwkami!!! polecam! :-) //pomysł podpatrzony w magazynie "good food", numer wrzesień'11. przerobiony na własne potrzeby :-) ![]() ryż na mleku ze śliwkami (3-4 osoby)
śliwki umyć. rozpołowić. wyjąć z nich pestki. ułożyć w naczyniu żaroodpornym do góry miąższem. polać sokiem z cytryny. posypać 2 łyżkami cukru. piec 30-35 minut w 180 stopniach. jeśli śliwki nie puszczą za dużo soku, można je odrobinę polać wodą. w tym czasie przygotować ryż na mleku: w rondelku zagotować mleko z 3 łyżkami cukru i 2 laskami cynamonu. kiedy zacznie się gotować, wsypać ryż. gotować na średnim ogniu, często mieszając. ryż powinien być miękki (około 30-40 minut gotowania). jeśli potrzeba dolać odrobinę mleka. z rondelka wyjąć cynamon. wlać kremówkę i wymieszać. gotowy ryż ułożyć na upieczonych śliwkach. piec jeszcze 5-10 minut w 180 stopniach. podawać ciepłe. (jedyne co nam przeszkadzało to oddzielające się skórki śliwek) ocena Faceta: "mój ulubiony deser z dzieciństwa!" ocena Kruszyna: "pyśności!" (ostatnia Kruszynową pysznością numer jeden pozostaje jednak... pasta do zębów! ;-)) *cytaty z zeszytu Kruszynowych powiedzonek :-)
sobota, 20 sierpnia 2011
między malowaniem sufitów, planowaniem Kruszynowego królestwa (okazuje się, że dziecinny pokój to niezłe wyzwanie!), a oglądaniem online nowego katalogu Ikea... oj to jest naprawdę bardzo zajęty czas!... ![]() a wracam z szybkim i jakże smacznym drugim śniadaniem, jakie ostatnio sobie serwuję! gęsty jogurt, ukochany lemon curd, bezy dla osłody i owoce! mmm... pycha! :-)) //inspiracja z książki "The Australian Women's Weekly: Fast Desserts". nie będę podawać ilości składników. kompozycje, ile czego, wedle uznania! ![]() jogurt z bezami, borówkami i lemon curdem
jogurt nałożyć do miseczki. dodać lemon curd. wymieszać. posypać pokruszonymi bezami i borówkami. zjadać natychmiast! :-) tym razem oceny Faceta i Kruszyna nie będzie, bo to tylko moje ulubione drugie śniadanie! ;-))
środa, 17 sierpnia 2011
z prawdziwego zdarzenia! pomijając tę w rodzinnym domu, gdzie gotować mi się najzwyczajniej w świecie nie chciało, za to piec ciasta uwielbiałam zawsze! w słynnym zresztą już zabytkowym prodiżu. pomijając również te wszystkie, które "zaliczyłam", jako studentka, gdzie żyjąc w przyjaznej grupie, najwięcej czasu spędzałam w kuchni... gotując wodę na herbatę! ;-) wreszcie pomijając po drodze jeszcze kilka wynajmowanych kuchni, to właśnie słonecznożółta kuchnia na Zielonej Wyspie, można śmiało rzec, jest moją pierwszą z prawdziwego zdarzenia! to tu uczyłam się na serio gotować (lepiej późno niż wcale ;-)), to tu rozwijałam swoje umiejętności piekarskie, to wreszcie tu zrodziła się moja wielka kuchenna pasja włączając w to prowadzenie brulionu!... ach, ciężko będzie mi się rozstać z tą kuchnią!... ![]() nawet wtedy, jeśli w zamian dostanę wymarzoną upragnioną dłuuuugo oczekiwaną kuchnię WŁASNĄ! zanim jednak z gołych ścian powstanie ta wymarzona, wciąż tu jeszcze jestem i bywa, że w babcinych kuchennych poddrygach (obecnie bowiem Babcia zajmuje się gotowaniem) coś tam upichcę! najczęściej są to desery. jeszcze częściej coś na bardzo bardzo szybko! jak chociażby letnie brzoskwiniowe crumble... takie małe przepyszne coś, co wyczarowuję w pięć minut - jak nazywa moje desery Babcia. pomijając czas pieczenia, prawie, że mi się to udaje! ;-)) //przepis na crumble własny ![]() brzoskwiniowe crumble z waniliową śmietanką
brzoskwinie dokładnie umyć. rozpołowić. wyjąć pestki. ułożyć w naczyniu żaroodpornym do góry miąższem. posypać dwoma łyżkami cukru. zalać sokiem z pomarańczy. na kruszonkę: w misce rozdrabniać palcami masło, cukier (pozostałe 2 łyżki), mąkę i płatki, aż powstanie kruszonka. posypać nią przygotowane brzoskwinie. piec przez 35-40 minut w 180 stopniach. przygotować śmietankę do polania: wymieszać ją z ekstraktem waniliowym. można dodać opcjonalnie cukru pudru. ciepłe crumble polewać schłodzoną smietanką. smacznego! :-) ocena Faceta:
"mmmm... rozpływa się w ustach!" ocena Kruszyna: "doble! doble!"
czwartek, 11 sierpnia 2011
(kolejność przypadkowa) * Bolek i Lolek (o tym, że to fenomenalna! bajka przekonuję się dziś, gdy oglądam ją wspólnie z Kruszynem. gdy sama byłam dzieckiem trudno mi było dostrzec te wszystkie żarty, jakie robią sobie z widza scenarzyści. weźcie chociażby ten fragment, w którym ośmiornica robi im zdjęcia pod wodą (8m50s). niech nikt mi nie mówi, że Shrek to była pierwsza bajka dla "dorosłych dzieci", bo Bolek był zdecydowanie wcześniej! ;-)), * paluszki kokosowe (czego to juz nie wymyślą?! o ile Kruszyn zajada, ja jednak wolę tradycyjne), * układanie puzzli (jeszcze: "mama ulozi, mama ulozi!", choć pierwsze Kruszynowe próby zostały już podjęte), * oczywiście remont (niech nikt przy mnie nie wymawia słowa: tapeta, bo dorwę i uduszę gołymi rękoma ;-). po tygodniu ściągania tapet (nawet z sufitów, ach! ta angielska moda!, wreszcie powoli możemy zabrać się za malowanie i inne takie...) * Babcia (która zawitała na Zieloną Wyspę i która w czasie nieobecności rodziców pozwala na znacznie więcej niż oni sami, jak dłubanie przy kablach przy telewizorze lub stanie przy zlewie i babranie się w brudnych naczyniach ;-)) oraz * czytanie książek na dobranoc! (tutaj kłania się Mała Mi i jej prośba o podzielenie się moimi uwagami na temat Kruszynowych książek, klik klik). pamiętam pierwszą jego książkę, a w niej Pan Miś szukający swojego synka... małe rączki Kruszynka tak ją wymęczyły, że z książki pozostało niewiele... dziś Kruszyn wyrósł już z niszczenia książek. ba! jak widzi zagięty róg, od razu go poprawia ;-) (na nic moje zagięte rogi w katalogach meblowych, które z racji remontu przeglądam na okrągło :-)). Kruszyn uwielbia książki od małego, ale dopiero od pół roku na dobre wkroczyła akcja czytamy na dobrabnoc. są książki, ktore zna na pamięć i kończy mi wpół zdania. są wiersze Tuwima, które czytając przywołują wspomnienia z mojego dzieciństwa. jestem szczęśliwa, że Kruszyn je tak uwielbia! wreszcie są nowe serie jak ta o Kamyczku, którą bardzo szybko pokochał, bo przecież ta o małym Kamyczku, tacie i jego czerwonym autku jest jakby napisana o Kruszynku... i są również książki po angielsku. od jakiegoś czasu wypożyczane z biblioteki, przy czym wyprawa tam, jest dla Kruszyna zawsze nielada atrakcją! bisi bisi dej (busy day)- Kruszyn udaje, że czyta jedną z nich. a kiedy czytam o dwa zdania po angielsku za dużo, macha ręką - nie gadaj po anglisku! - woła. ![]() Kruszynowe książki szybko gromadzą się na półce. przywożą je odwiedzający, przywozimy my sami z każdego pobytu w PL. na książkę zawsze musi znaleźć się miejsce w walizce! :-) nie lubię zamawiać ich w internecie, bo dla mnie wyprawa do księgarni to swojego rodzaju świętość (przypadłość po tym, jak sama kiedyś pracowałam w jednej z nich). zanim książka trafi do koszyka, rozkoszuję się zapachem książek w ogóle. błądzę między półkami i często zatrzymuję się przy zupełnie innych niż miałam zamiar. bywa, że czytam pierwsza stronę, nawet i ostatnią, zanim zdecyduję się coś kupić. w księgarni mogę spędzić wieczoność, choć chodzę tam rzadko, bo tak to czyściłabym tylko półki i układała na nich książki ;-)) z czasów pracy w księgarni uzbierał mi się całkiem niezły zbiór, który juz czeka w PL spakowany w kartonach na podróż na Wyspę. oczywiście jak tylko rozpakujemy się w nowym domu, książki na pewno zjawią się tuż za nami i wylądują na nowym regale! a potem w moich rękach. właściwie to już nie mogę się doczekać! wieczorne kakao, być może kawałek domowego ciasta (jak to poniżej, choć wieczorami staram sie nie podjadać! ;-)), nocna lampka i książka w ręku. to jest to o czym marzę na tegoroczną zimę! i niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba ;-)) //przepis na ciasto z good food, numer 08'11. zmniejszyłam ilość cukru i lekko zmodyfikowałam. ostrzegam również, że w po
dłuższym leżakowaniu, maliny zabarwiły ciasto na niebiesko. najlepiej smakuje w dniu, w którym zostało upieczone! ![]() letnie ciasto z owocami (malinami) i cukrową posypką (keksówka)
masło utrzeć na puch. wsypywać stopniowo drobny cukier, ukręcić. dodać po jednym jajku na raz (w sumie 2 jajka) i miksować. następnie przesiać mąkę z proszkiem i sodą oraz wlać ekstrakt. zmiksować ostatni raz. w keksówce (na papierze do pieczenia) ułożyć 1/3 część ciasta. rozsypać 50g malin. znów delikatanie rozsmarować 1/3 część ciasta. posypać 50g malin. na koniec ponownie rozsmarować pozostałą już 1/3 część ciasta. piec w 160 stopniach przez około 1h, do suchego patyczka. wyjąć keksówkę z piekarnika, ostudzić ciasto, następnie ostrożnie wyjąć je z keksówki. zrobić owocowo-cukrową posypkę: w rondelku umieścić pozostałe owoce (75g) oraz cukier (140g) i sok z cytryny. podgrzewać, aż cukier w połowie się rozpuści. owoce lekko rozgnieść widelcem. polać posypką ciasto. odczekać chwilę, następnie kroić w plastry. ocena Faceta:
"jest ok!" ocena Kruszyna: "maliny maliny!" (nic dziwnego, że je tak zajada, w końcu sam je układał w cieście ;-))
środa, 03 sierpnia 2011
nudzi, polecam od razu przystąpić do "konsumpcji" przepisu. bowiem jest to potrawa, która smakuje dzieciom, jak i dorosłym! (sprawdziłam na własnych facetach w domu) :-) pozostałych zapraszam do poniższej notki :-) ![]() "droga Cudawianko, mam małego bąbla w wieku Kruszynka. proszę poradź mi, co mam mu podawać?" takich listów dostawałam bez liku. odkąd Kruszyn zaczął jeść coś więcej poza mlekiem, pytaliście co dokładnie mu podaję i próbowaliście podpytać co daje się takim maluszkom? och, gdybym to ja wiedziala! ;-) Kruszyn to moje jedyne dziecko, więc wiedziałam tyle... co Wy! zresztą ciężko było odpisać cokolwiek, bo w końcu dzieci, jak i dorośli, mają swoje smaki. raz miałam wybredne dziecko. szły mu zęby. drugim razem zjadał wszystko co popadnie! jednego dnia lubił żółty ser, drugiego nie, chyba nie lubi nudy w kuchni (to akurat ma po rodzicach!)... dłuuuuuugo trwało zanim poznałam jego gust. choć muszę przyznać, że mam nadzwyczaj chętne dziecko do próbowania nowości (to też po rodzicach! ;-)) i generalnie mam jadka bardziej niż niejadka. więc można mnie nazwać szczęściarą (przynajmniej w tym temacie!). ale nie zawsze było kolorowo! np. taki kalafior. pierwszy jaki zjadł Kruszyn, w postaci paćki ze słoiczka, wylądował na stoliku, śliniaku i również... na mnie! :-) drugie podejście było już z kalafiorem rozdziabdzianym widelcem. Kruszyn był nieco starszy, lubił sobie coś pochrupać, ale kalafior wciąż był be! ![]() trzecie, ostatnie podejście, całkiem niedawno. wprost z Faceta talerza, polany przyrumienioną bułeczką tartą... ręka Kruszyna z kalafiorem w buzi i... eeee... kalafior z powrotem na talerz, za to bułeczka pyszna! ;-) hmmmm... na każdego przyjdzie jednak pora! i wcale nie szukając przepisu, znalazł mnie sam :-), usmażyłam mu placuszki z kalafiorem. mu, to za dużo powiedziane! nam, a jak Kruszyn zje przy okazji, to będzie dobrze! bo w końcu w budowaniu Kruszynowego menu od zawsze kierowałam się zasadą, nic na siłę! i co? i wielki hit! jedzone dwa dni temu (wspomniane w ostatnim wpisie) kalafiorowe placuszki w końcu - mają w środku jajko, a Kruszyn uwielbia jak wbijam je do ciasta - mają pieprz ziołowy, który mój mały kuchenny pomocnik wsypał sam, a to zdecydowanie podwyższa jakość placków ;-) - i są smażone na patelni teflonowej, ktorą Kruszyn uwielbia nad życie, zwłaszcza grać na niej drewnianą łyżką! a że i mają kalafior w środku, to już co tam, nieważne! ;-) //placuszki z przepisu z magazynu "good food" (oczywiście! ;-)), numer sierpień'11, lekko zmodyfikowany. placuszki są jajeczno-kalafiorowe. ![]() placuszki z kalafiorem i fetą (8-10 sztuk)
ponadto:
kalafior rozdzielić na różyczki. zalać wrzątkiem. ugotować w osolonej wodzie al dente. odlać wodę. garnek postawić jeszcze na chwilkę na ogień, żeby kalafior się osuszył. do miski wsypać mąkę, wbić jajka. zmiksować. wlać odrobinę oliwy, sok z cytryny oraz dodać przyprawy: sól, pieprz czarny, pieprz ziołowy, suszoną pietruszkę (dużo) i ponownie zmiksować. fetę pokroić w małą kosteczkę. różyczki kalafiora lekko rozdzielić widelcem. mają być małe części. kalafior i fetę wrzucić do miski z ciastem. delikatnie wymieszać. teflonową patelnię dobrze nagrzać. smażyć na niej małe placuszki (bez dodatkowej oliwy), okolo trzy minuty z każdej strony (średni ogień). można podawać z pomidorową sałatką dla wyostrzenia smaku. pomidorki pokroić na drobne części. cebulę w małą kosteczkę. wymieszać wszystko razem. dodać odrobinę oliwy oraz sól, pieprz i swieżą pietruszkę. ![]() ocena Faceta: "z tą sałatką smakują super!"
ocena Kruszyna: do-ble... mmm... pysz-ne! (przy czym Kruszyn lubi nazywać dużo potraw pysznymi. pewnie dlatego, że podoba mu się ten wyraz ;-))
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
siodma swieczke na torcie "przystanek: Zielona Wyspa". kompletnie nie wiem, jak z "jedziemy tam tylko na trzy miesiace (...) niedlugo wrocimy (...) wrocimy za dwa lata..." zrobilo sie tych siedem lat, a teraz jeszcze perspektywa zostania na zawsze? Zielona Wyspa, odkad pamietam, miala wiele minusow, nie taka pogoda, nie takie jedzenie, nie taka mentalnosc... a dzis wiecej plusow niz moglabym sadzic. albo deszcz pada rzadziej, albo w PL czesciej, albo po prostu nie przeszkadza mi to tak bardzo. jedzenie tez okazalo sie nie takie straszne jak je maluja ;-) pojawily sie polskie sklepy, do ktorych i tak chodze rzadziej, niz by mozna przypuszczac. poza tym powstal brulion, a dzieki niemu milosc do kuchni, eksperymentowania w niej. co lepsze, coraz rzadziej zadajemy sobie pytanie: "co by bylo gdybysmy tu nie przyjechali?". przypadek czy przeznaczenie? jako typowa realistka powinnam upierac sie przy przypadkach. w glebi serca chce jednak wierzyc, ze istnieje cos takiego jak przeznaczenie, ktore bezblednie prowadzi nas przez zycie. nawet jesli czesto daje w kosc, nie dajac nam tego co bysmy chcieli, mam wrazenie, ze tylko po to by dac cos lepszego juz wkrotce... bo przeciez trudno mi uwierzyc, ze to tylko przypadek spowodowal, ze siedem lat temu spontanicznie odeszlam z pracy, spakowalismy walizki i znalezlismy sie tutaj. choc droga do tego "tutaj" byla wyboista, to chyba przeznaczenie pchalo nas dokladnie w to miejsce... ![]() a teraz, zeby nie bylo, bez zbednego idealizowania, ale rowniez i narzekania, polskiego nawyku, jakiego oduczam sie od tutejszych, zapraszam Was dzis na cos zielonego :-) groszek i mieta w risotto z lososiem. zielony groszek na te nasza mala rocznice... //lekko zmieniony przepis z magazynu "good food", numer sierpien'11 ![]() risotto z groszkiem, mieta i lososiem (3-4 osoby)
lososia ulozyc na blaszce. skropic sokiem z cytryny. posolic i posypac pieprzem. wstawic do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 15-25 minut. cebule pokroic w drobna kosteczke. przesmazyc w rondlu na odrobinie oliwy. wsypac ryz. wymieszac i chwile razem smazyc. zalac winem lub woda. wymieszac. zmniejszyc gaz i gotowac, od czasu do czasu mieszajac, az wino lub woda wyparuja. nastepnie wlewac po chochli cieplego bulionu (bulion najlepiej podgrzewac caly czas obok na bardzo malym ogniu). kiedy jedna porcja bulionu wyparuje, wlewac nastepna, az do konca. mieszac bardzo czesto. przy trzeciej chochli wsypac groszek. pokrojona miete (jesli lubicie miete to polecam 2 lyzki) wymieszac ze smietana w kubeczku. po wlaniu ostatniej chochli bulionu, mieszajac od czasu do czasu, poczekac, az calkowicie wyparuje. wylaczyc gaz. wlac smietane z mieta i dokladnie wymieszac. przykryc garnek i poczekac 5-7 minut. lososia pokroic na male kawalki. dodac do risotto. przyprawic pieprzem ziolowym. delikatnie wymieszac i podawac na talerze. mozna przystroic potrawe swieza nacia pietruszki. ocena Faceta: "byle nie za duzo miety, poza tym lubie!" ocena Kruszyna: (zjadl ze smakiem :-)) przy okazji chcialabym podziekowac Humanistce, Mad, Usagi, Bjedronie, Karmel-itce, za nagrodzenie mnie One lovely Blog Award. to bardzo mile wyroznienie, dziekuje! wiecie o mnie juz jednak tyle, ze chyba nie ma potrzeby pisania dodatkowych 10 rzeczy :-) blogow tez nie potrafie wyroznic. raz czy dwa, tak zrobilam, a potem czulam sie nieswojo, bo wiele osob pominelam. uwielbiam tyle blogow, ze moglabym tu wypisywac w nieskonczonosc... mam nadzieje, ze wybaczycie! :-)) p.s. a jeszcze w tym tygodniu cos dla kalafiorozercow, choc i moj maly kalafiorowy niejadek zjadal z apetytem! :-))
niedziela, 24 lipca 2011
protestuje! dzis nie wlaczylam nawet tv! chcialam wreszcie cieszyc sie sloncem, ktore rozpieszcza nas na Wyspie, tesciowymi pierogami z jagodami, notabene zbieraniem samych jagod, z ktorych moja uzbierana porcje zjadl po drodze Kruszyn! ;-) Kruszynem, ktory zamiast chodzic... biega! czy to dziecko kiedykolwiek sie zmeczy?? ;-P ogladaniem przepieknych Malgosiowych zdjec z Toskanii (klik klik) - to jest miejsce, ktore kiedys w koncu mam nadzieje zobaczyc! czy chociazby wybieraniem klamek i uchwytow do "nowego", co idzie idzie malymi kroczkami... ;-)) ale jak tu byc szczesliwym, kiedy na okolo trabia same smutne wiesci... nic to! ide sobie nalozyc ostatnia juz dzis porcje lodow!... (wiem, pora pozna, ale co tam!) ![]() w milosci do lodow sliwkowych pozostaje w moim domu jednak odosobniona... pozostalym bardziej przypadly do gustu o smaku brzoskwiniowym, przygotowane w ten sam sposob, tylko z mala podmiana - brzoskwin na sliwki. Wam radze po prostu wmieszac ulubione owoce, poczawszy od sliwek, jak u mnie, poprzez wszystkie pestkowe brzoskwinie, nektarynki, morele, czeresnie, a skonczywszy na porzeczkach, jezynach, czy jagodach. pozostawiam Wam wybor! a sama zapraszam na miseczke sliwkowych... z czekolada! :-)) //przepis na bazie mojego przepisu na lody rabarbarowe, klik klik. ![]() lody sliwkowe (okolo 600ml)
ze sliwek przygotowac mus: wyjac pestki, pokroic na mniejsze kawalki, umiescic w rondelku. wlaczyc maly gaz i mieszajac od czasu do czasu, podsmazac. pod koniec dodac cukier do smaku i wymieszac. odstawic do ostudzenia. schlodzone dobrze slodkie mleko skondensowane oraz smietanke kremowke zmiksowac razem. mozna dodac mleko, wtedy masa jest mniej kremowa, ale rownie gesta (sami wybierzcie, czy chcecie lody mniej czy bardziej kremowe). do przygotowanej masy wmieszac mus sliwkowy. zmiksowac razem. wstawic do lodowki na kilka godzin, aby dobrze sie schlodzila. nastepnie przygotowac lody zgodnie z instrukcja maszynki do lodow. mase przelozyc do foremki, polac roztopiona wczesniej i przestudzona czekolada, tworzac esy floresy na topie. (w komentarzach pod lodami rabarbarowymi Milka napisala, ze mozna je tez zrobic metoda bezmaszynkowa)
|
Zakładki:
spis tresci:
start
cudawianki
brulion
zagladam do kuchni:
UWAGA!
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||